Byliśmy ostatnio z kolegą z pracy w domu jednego bogacza skatologować jego kolekcję win. Kolega w ramach siły roboczej do przenoszenia skrzynek, ja w ramach znawcy (ha, ha, ha). Bogacz się znudził kolekcjonowaniem win i chce wszystko sprzedać. Ma tych butelek za pół miliona funtów, ale już go to nie kręci, teraz postanowił kolekcjonować samochody. Już kupił chyba ze 30. Wszystko to nam opowiedział jego asystent. Powiedział nam też ile kosztuje utrzymanie ogrodu – prawie moją miesięczną pensję. W pewnym momencie przyszła żona bogacza (samego bogacza nie było) i zaczęła narzekać, że muszą teraz tyle rzeczy zrobić, wyremontować cały dół domu, spakować tę kolekcję win, coś tam jeszcze o marmurach. Oczywiście mówiąc, że muszą to zrobić, miała na myśli, że muszą komuś zapłacić, żeby to zrobił. Myślałam, że mnie zemdli. Oczywiście, chciałabym żyć wygodnie i pracować niewiele, ale Boże chroń, żebym kiedyś miała być tak bogata, że już bym nie wiedziała co z tymi pieniędzmi robić i wymyślała jakie to drogie, luksusowe dobra mogę kolekcjonować. Czy naprawdę, założenie jakiejś fundacji charytatywnej nie byłoby o wiele bardziej satysfakcjonujące? Nawet z takiej zwyczajnej, egoistycznej perspektywy? Czy nie lepiej podbudować sobie ego kolekcją dobrych uczynków niż kolekcją samochodów?
PS. Czy ktoś z Was czyta mojego bloga o książkach? Widzę ze 20 wejść z dudli dziennie, ale wszyscy siedzą cicho jak myszy pod miotłą.
PPS. Wygrałam ostatnio 20 książkek – wszystkie nominowane do Costa Awards we wszystkich kategoriach. Książki to jedyna rzecz, którą warto kolekcjonować. No i może jeszcze buty. Ale, kurwa, samochody?
song: Raphael Saadiq – Still A Man